Nigdy nie doszliśmy na szczyt Giewontu, a Hill Explorer uratował ten dzień
Osobista historia z wędrówki na Giewont nad Zakopanem o długim czekaniu pod łańcuchami, frustracji związanej z zawróceniem tuż pod szczytem i o momencie, w którym Hill Explorer pomógł odzyskać właściwą perspektywę.
Niektóre górskie dni zostają w pamięci dlatego, że wszystko układa się dokładnie zgodnie z planem.
Ten nie należał do takich.
Mieszkaliśmy w Zakopanem i wybraliśmy Giewont na jeden z tych klasycznych tatrzańskich dni, które człowiek niemal czuje, że powinien zaliczyć choć raz.
Na papierze trasa brzmiała całkiem prosto:
- wyruszyć z Kuźnic,
- przejść przez Halę Kondratową,
- podejść w stronę Kondrackiej Przełęczy,
- i zakończyć na słynnym szczycie pod krzyżem.
W tym planie nie było nic niezwykłego.
I właśnie w tym tkwił problem.
Najwyraźniej połowa Zakopanego podjęła dokładnie tę samą decyzję.
Poranek wydawał się zatłoczony na długo przed tym, jak dotarliśmy na początek szlaku. Ludzie byli wszędzie:
- przechodzili przez Kuźnice z kijkami trekkingowymi i kawą na wynos,
- sprawdzali mapy, których tak naprawdę nawet nie czytali,
- poprawiali plecaki,
- i szli z tym rodzajem pewności siebie, który istnieje wyłącznie u podnóża góry.
Mimo wszystko początek był dobry.
Las nad Kuźnicami był chłodny i dość cichy, żeby tłum wydawał się mniej istotny. Szlak w stronę Hali Kondratowej piął się równomiernie w górę, a od czasu do czasu drzewa rozstępowały się akurat na tyle, żeby przypomnieć nam, że wyższe partie Tatr Zachodnich wciąż czekają nad nami.
Przez chwilę wydawało się, że to zupełnie normalny dzień w górach.
Potem trasa zrobiła się bardziej stroma.
Grupy wokół nas zgęstniały.
Rozmowy zwolniły do krótkich, zmęczonych zdań.
A zanim wypchnęliśmy się wyżej ku ostatniemu odcinkowi pod Giewontem, góra zaczęła przypominać mniej dzień szczytowy, a bardziej kolejkę z widokiem.
Na początku zakładaliśmy, że to opóźnienie będzie krótkie.
Może dziesięć minut.
Może dwadzieścia.
Może tylko jedno wąskie gardło, po którym zaraz wszystko znów ruszy.
Tak się nie stało.
Nad nami kolejka do łańcuchów prawie się nie poruszała. Ludzie stali na skałach, siedzieli obok szlaku, patrzyli na te same kilka metrów terenu i czekali na swoją kolej, żeby przesunąć się odrobinę do przodu. Część turystów ostrożnie schodziła z odcinka z łańcuchami, podczas gdy inni wciąż próbowali iść do góry, i całe to miejsce sprawiało wrażenie powolnego, wyczerpującego pata.
Czekaliśmy, bo na początku właśnie to robi każdy.
Wmawiasz sobie, że jesteś już bardzo blisko.
Wmawiasz sobie, że głupio byłoby zawrócić akurat teraz.
Wmawiasz sobie, że przecież za kilka minut kolejka na pewno zacznie iść szybciej.
A potem kilka minut zamienia się w godzinę.
A potem w jeszcze więcej.
Najgorsze nie było samo czekanie.
Najgorsza była ta dziwna mieszanka wysiłku i braku postępu. Podejście mieliśmy już za sobą. To przewyższenie było uczciwie wypracowane. Szczyt był tuż obok, na tyle blisko, że wydawało się to wręcz niesprawiedliwe, a jednak ten dzień przestał się posuwać do przodu.
W końcu nastrój zmienił się całkowicie.
Najpierw zniknęła ekscytacja.
Potem cierpliwość.
Potem ten uparty optymizm, który trzymał nas tam dłużej, niż powinien.
Po kilku godzinach niemal całkowitego bezruchu w końcu powiedzieliśmy na głos to, co i tak było już oczywiste:
dziś nie dojdziemy na szczyt.
Zawrócenie tuż pod wierzchołkiem okazało się gorsze, niż się spodziewałem.
W tamtym momencie nie wydawało się rozsądne.
Wydawało się porażką.
To oczywiście nieracjonalne.
Góra nadal tam była. Trasa nadal była prawdziwa. Nic w tym dniu nie stało się bez znaczenia. Ale kiedy przez wiele godzin patrzysz na szczyt, który pozostaje technicznie bliski, a praktycznie nieosiągalny, rozczarowanie przychodzi szybko i bez większej perspektywy.
Schodziliśmy w znacznie cichszym nastroju niż podczas podejścia.
Nikt nie miał zbyt wiele do powiedzenia.
Widok wciąż był ogromny, ale przez jakiś czas prawie go nie zauważaliśmy. Pod nami rozkładało się Zakopane, grzbiety falowały we wszystkich kierunkach, a pogoda pozostawała na tyle dobra, że cała sytuacja wydawała się jeszcze bardziej irytująca.
Potem, gdzieś niżej, zatrzymaliśmy się na dłużej, niż planowaliśmy.
Częściowo dlatego, że byliśmy zmęczeni.
Częściowo dlatego, że nie było już żadnego powodu, żeby się spieszyć.
I częściowo dlatego, że kiedy przestaliśmy wpatrywać się w kolejkę, w końcu znowu zaczęliśmy dostrzegać krajobraz.
Widok otworzył się szeroko na Tatry, a grzbiety wokół nas nagle wydały się większe niż frustracja, którą znieśliśmy ze sobą z tej kolejki. Ktoś wyciągnął Hill Explorer niemal odruchowo, bardziej z przyzwyczajenia niż z nadziei, i skierował telefon w stronę horyzontu.
To był moment, w którym ten dzień się zmienił.
Zamiast skupiać się na szczycie, którego nie zdobyliśmy, zaczęliśmy rozpoznawać wszystko, co naprawdę mogliśmy zobaczyć:
- Kasprowy Wierch,
- Czerwone Wierchy,
- szersze sylwetki otaczających nas Tatr Zachodnich,
- i warstwową linię horyzontu zanikającą głębiej w paśmie.
Nastrój nie poprawił się od razu, ale poprawił się wystarczająco.
Hill Explorer nie zamienił magicznie nieudanego ataku szczytowego w udany.
Ale zrobił coś lepszego.
Odciągnął naszą uwagę od tej jednej rzeczy, której ten dzień nam odmówił, i skierował ją z powrotem na wszystko, co góra mimo wszystko nam dała.
To ma większe znaczenie, niż brzmi.
Bo wiele rozczarowujących górskich dni kurczy się we wspomnieniach, aż zostaje z nich jeden wąski problem:
nie udało się.
Ale prawdziwy ten dzień był szerszy niż to.
To był wczesny start z Zakopanego.
To była zatłoczona energia Kuźnic.
To było równe podejście przez las i otwarte zbocza.
To była lekcja, że słynny szczyt przy idealnej pogodzie wciąż może być złym celem w zły dzień.
I ostatecznie był to ten mały ratunek dla perspektywy, który przyszedł zrozumieniem, na co patrzymy, zamiast myśleć wyłącznie o tym, co nas ominęło.
Nadal nie stanęliśmy na szczycie Giewontu.
Ale co dziwne, to już nie jest ta część, którą pamiętam jako pierwszą.
